
Podróż do Walencji była mroczna. Tym słowem najlepiej opisać 23 godziny, których potrzebowaliśmy, by dostać się z Pszczyny do Walencji. Rozpoczęło się całkiem nieźle pociąg, autobus, samolot taa samolot, to powinno być zabronione! Siedzisz jak sardynka w puszcze, 30cm na nogi, uszy pękają i czekasz aż spadniesz, czyli 3h z tanimi liniami lotniczymi Ryanair. Wytrwaliśmy jednak dzielnie, śmiejąc się i biadoląc
na przemian z tego, że nie sposób znaleźć i ułożyć się w optymalną pozycję, która by, choć ździebeńko dawała poczucie wygody. Z lotniska przetransportowaliśmy się taksówką do urokliwego, nadmorskiego
miasteczka Alicante. Tam zastaliśmy morze, kurwy i palmy. To drugie ilością mogłoby śmiało konkurować z trzecim. :) Szybko okazało się, że musimy spędzić tam noc, bo po godzinie 23 ani pociągów

ani autobusów. Czekając więc do godziny 6:30 na pierwszy autobus poznawaliśmy Alicante. Jak widać na załączonych obrazkach* było fantastycznie, :) a wiśniówka zakupiona w strefie wolnocłowej bardzo umiliła nam oczekiwanie. 6 października 2010 roku o godzinie 6:30 w Alicante pierwszy raz doceniłem wygodę foteli w autokarze. Jak nie znoszę tym czymś podróżować tak wczoraj, mogąc przytulić się do wygodnej plastikowej rączki od fotela i posiadając
tylko dla siebie dwa miejsca, byłem jedną z bardziej szczęśliwych osób w tym autokarze, bardziej szczęśliwy mógł być tylko farafin. O godzinie 11, po 23 godzinach w podróży, szczęśliwie zameldowaliśmy się w wypaśnym Hotelu w Walencji. Tak wyglądała podróż, jutro, 7 października o godznie 14
farafin dostanie pierwsze rozdanie. Trzymajcie kciuki..!
*niestety prędkość internetu nie pozwoliła mi na przesłanie zdjęć do posta. :( Spróbuję jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz