Tak więc niedzielnym przedpołudniem wymeldowaliśmy się, usiedliśmy przed hotelem i wymyślaliśmy co tu dalej robić. Budżet, przez spacery po przepięknej Walencji, skurczył się nam do optymalnego minimum. Postanowiliśmy więc, a raczej zmuszeni zostaliśmy, by spędzić kolejną surwiwalową noc. Nooooo!! W końcu jakieś ławki, wino i coś nowego. Po tym pięciogwiazdkowym koszmarze, w tak wygodnych łóżkach, że się spać nie dało, jakieś urozmaicenie. Bagaże zabezpieczyliśmy na dworcu i ruszyliśmy... Pierwszy przystanek, to park położony w korycie wyschłej rzeki, biegnący przez prawie całą długość miasta. Po dwu godzinnej sieście przyszedł czas na przygotowania do przetrwania nocy. Nie wiedzieć czemu, uparliśmy się, żeby alkohol jednak, był mocny. Tym sposobem zafundowaliśmy sobie hiszpańskie brandy, które od wczoraj zwykliśmy nazywać "gównem w płynie". My Polacy, nie poradziliśmy sobie z nim!
Tam dopiero jest porządek! Na ławeczkach , to wszyscy jednakowo muszą spać, tzn. siedzieć. Jak się człowiek za bardzo na lewo lub prawo przechyli, to przychodzi pan policjant i upomina, by powrócić do ogólnie przyjętej i będącej już unijnym standardem dworców - śpiącej pozycji siedzącej. Rewelacja. Śpi dwadzieścia osób i wszyscy tak samo. Ordnung muss sein, ale zaraz, zaraz, to Hiszpania, ale co Ci powiem, standardy..!
A jeśli już o uśmiechaniu mowa, to niestety słowami nie mogę podziękować Hiszpankom, za to, że są tak niewyobrażalnie piękne. Mogę tylko zęby, od ucha do ucha do nich szczerzyć, choć dużo bym dał, by przemówić w ich ojczystym języku...
Boli mnie to i kuje, i połowa mnie zostaje jak mówić nie mogę!


