ale dlaczego?

Blog powstał, w październiku ubiegłego roku, by za jego pomocą zdać relację z turnieju pokerowego UNIBET OPEN 2010: VALENCIA. Przez osiem miesięcy zaniedbywany - wraca do łask, a wraz z nim nasze tarapaty, w które chcąc nie chcąc zapewne się w plątamy, bo przed nami - Barcelona Unibet Open 2011.



Wszystkich zainteresowanych pokerem i naszymi przygodami, zapraszam na http://natylkuniesiedze.blogspot.com. Postaram się, by codziennie trafiała do was dawka emocji z naszego wyjazdu.


poniedziałek, 11 października 2010

streszczenie

Po pierwsze dziękujemy wszystkim za zainteresowanie turniejem farafina i naszą wycieczką! Nie spodziewaliśmy się tylu wejść na bloga, sms i miłych słów od wszystkich zainteresowanych. Przepraszamy za brak uaktualnień. Pierwszą i podstawową przeszkodą, okazał się brak stabilnego dostępu do internetu. Teraz, jednak czas na upload..

Wypoczywaliśmy w beznadziejnym pięciogwiazdkowym hotelu. Okropieństwo. Nic się nie dzieje. Wstajesz, schodzisz na śniadanie, zażywasz kąpieli potem squash i basen grrrrrr. Dobrze, że Farafin nie przeszedł do kolejnego dnia turniejowego, bo musielibyśmy męczyć się dalej z tym pięciogwiazdkowym koszmarem. Codziennie, to samo jedzenie, irytująca klima, wszystko działa i nic się nie dzieje, no nuuuuda :P
Tak więc niedzielnym przedpołudniem wymeldowaliśmy się, usiedliśmy przed hotelem i wymyślaliśmy co tu dalej robić. Budżet, przez spacery po przepięknej Walencji, skurczył się nam do optymalnego minimum. Postanowiliśmy więc, a raczej zmuszeni zostaliśmy, by spędzić kolejną surwiwalową noc. Nooooo!! W końcu jakieś ławki, wino i coś nowego. Po tym pięciogwiazdkowym koszmarze, w tak wygodnych łóżkach, że się spać nie dało, jakieś urozmaicenie. Bagaże zabezpieczyliśmy na dworcu i ruszyliśmy... Pierwszy przystanek, to park położony w korycie wyschłej rzeki, biegnący przez prawie całą długość miasta. Po dwu godzinnej sieście przyszedł czas na przygotowania do przetrwania nocy. Nie wiedzieć czemu, uparliśmy się, żeby alkohol jednak, był mocny. Tym sposobem zafundowaliśmy sobie hiszpańskie brandy, które od wczoraj zwykliśmy nazywać "gównem w płynie". My Polacy, nie poradziliśmy sobie z nim!
Tego wieczora działo się jednak wiele. Zdążyliśmy  się pokłócić, pogodzić, uciekać przed dzikimi mieszkańcami wcześniej wymienianego parku, znaleźć rondo do nikąd, w którym mężczyzna może wypuścić na wolność "małych wojowników", zwiedzić miasto ufoludków (zdjęcia), przetestowaliśmy parę mniej lub bardziej wygodnych ławek, by w końcu osiąść na drzemkę na dworcu autobusowym.
Tam dopiero jest porządek! Na ławeczkach , to wszyscy jednakowo muszą spać, tzn. siedzieć. Jak się człowiek za bardzo na lewo lub prawo przechyli, to przychodzi pan policjant i upomina, by powrócić do ogólnie przyjętej i będącej już unijnym standardem dworców - śpiącej pozycji siedzącej. Rewelacja. Śpi dwadzieścia osób i wszyscy tak samo. Ordnung muss sein, ale zaraz, zaraz, to Hiszpania, ale co Ci powiem, standardy..!
Próbowaliśmy też usnąć w dworcowej kafeterii. Tam okazało się to zdecydowanie łatwiejsze. Wystarczy zamówić pyszną kawę, ładnie uśmiechnąć się do pani sprzedawczyni (o piątej nad ranem) i już zupełnie inaczej patrzy na pozycję przy stoliku "na padłego".
A jeśli już o uśmiechaniu mowa, to niestety słowami nie mogę podziękować Hiszpankom, za to, że są tak niewyobrażalnie piękne. Mogę tylko zęby, od ucha do ucha do nich szczerzyć, choć dużo bym dał, by przemówić w ich ojczystym języku...
Boli mnie to i kuje, i połowa mnie zostaje jak mówić nie mogę!


piątek, 8 października 2010

no to fruuu

Przełykamy ślinę, a raczej kolejną/ostatnią wiśniówkę - Farafin odpadł z turnieju. Jutro zda raport ze swojej gry.
Pozdrawiamy wszystkich kibicujących. Idziemy eksplorować Walencje :-)

czwartek, 7 października 2010

WELCOME DRINKS PARTY

To zmykam bo już po 22 :-) Zdjęcie ze strony Unibetu, ale coś mi się nie wydaje żeby impreza tak wyglądała. Zaraz się przekonamy!



Tak jak myślałem, tancerek nie było. :) Farafin gra i gra, jak by dzień końca nie miał. I bardzo dobrze! Przerwy żadnej nie było, stąd też brak raportu. Około godziny 2, pierwszy dzień turniejowy powinien się zakończyć, więc jeśli kto wytrwały i chce wiedzieć czy gramy dalej to poczeka. 

Pierwszy dzień turnieju

Zacznę od tego, że mieszkamy całkiem przyzwoitym hotelu :P

Rozpoczęliśmy od solidnego śniadania, sporej ilości kofeiny i ... piwa. Tym sposobem przygotowując farafina fizycznie i mentalnie do gry :)
Zawitaliśmy do kasyna i zaliczyliśmy wstępną rejestrację do turnieju. Wszystko odbyło się sprawnie i bez najmniejszych problemów.
Były też radosne akcenty, a mianowicie zawodnik, którego "przygotowania mentalne" do turnieju rozpoczęły się najpewniej wczoraj i wymknęły się troszkę spod kontroli. Wesoły zawodnik, tańczący i śpiewający Let it be, został grzecznie wyproszony z kasyna. Szkoda, rozrywki nigdy za wiele :)




Mini relacja:
19:02 - Stack się troszeczkę skurczył i na drugą, półtoragodzinną przerwę Łukasz odszedł od stołu z 19k w żetonach. To i tak więcej od średniego stacka.
16:35 - pierwsza przerwa za nami. Farafinowy stack to 23k przy początkowym 15k. Wszystko więc podąża  w dobrym kierunku. Najwyżej wypłacona ręka - 98s :)


Jest godzina 14, turniej rozpoczął się.  Mam nadzieję, że Farafin będzie walczył dzielnie. Zobaczymy co u niego o godzinie 16 podczas pierwszej przerwy.



Ten post będzie aktualizowany..

Jesteśmy na miejscu!


Podróż do Walencji była mroczna. Tym słowem najlepiej opisać 23 godziny, których potrzebowaliśmy, by dostać się z Pszczyny do Walencji. Rozpoczęło się całkiem nieźle pociąg, autobus, samolot taa samolot, to powinno być zabronione! Siedzisz jak sardynka w puszcze, 30cm na nogi, uszy pękają i czekasz aż spadniesz, czyli 3h z tanimi liniami lotniczymi Ryanair. Wytrwaliśmy jednak dzielnie, śmiejąc się i biadoląc

 na przemian z tego, że nie sposób znaleźć i ułożyć się w optymalną pozycję, która by, choć ździebeńko dawała poczucie wygody. Z lotniska przetransportowaliśmy się taksówką do urokliwego, nadmorskiego

miasteczka Alicante. Tam zastaliśmy morze, kurwy i palmy. To drugie ilością mogłoby śmiało konkurować z trzecim. :) Szybko okazało się, że musimy spędzić tam noc, bo po godzinie 23 ani pociągów ani autobusów. Czekając więc do godziny 6:30 na pierwszy autobus poznawaliśmy Alicante. Jak widać na załączonych obrazkach* było fantastycznie, :) a wiśniówka zakupiona w strefie wolnocłowej bardzo umiliła nam oczekiwanie. 6 października 2010 roku o godzinie 6:30 w Alicante pierwszy raz doceniłem wygodę foteli w autokarze. Jak nie znoszę tym czymś podróżować tak wczoraj, mogąc przytulić się do wygodnej plastikowej rączki od fotela i posiadając

tylko dla siebie dwa miejsca, byłem jedną z bardziej szczęśliwych osób w tym autokarze, bardziej szczęśliwy mógł być tylko farafin. O godzinie 11, po 23 godzinach w podróży, szczęśliwie zameldowaliśmy się w wypaśnym Hotelu w Walencji. Tak wyglądała podróż, jutro, 7 października o godznie 14 farafin dostanie pierwsze rozdanie. Trzymajcie kciuki..!

cdn.

*niestety prędkość internetu nie pozwoliła mi na przesłanie zdjęć do posta. :( Spróbuję jutro.

poniedziałek, 4 października 2010

Sylwetka farafina

farafin czyli Łukasz Janota,

który reprezentował będzie polskie barwy na turnieju pokerowym w Walencji. Poniżej napisał kilka zdań o sobie i swojej przygodzie z pokerem. Zapraszam.








farafin:
Z pokerem zetknąłem się po raz pierwszy około półtora roku temu, kiedy to za namową kolegi notabene założyciela tego bloga wybrałem się na pierwszy cash game, gdzie na stawkach 0.10/0.20 gr przegrałem pierwsze pieniądze. :P Nie zrażając się porażką zainteresowałem się  grą. Od tego czasu staram się szkolić i i rozwijać swoje umiejętności pokerowe. Kolejnym, ale po raz pierwszy takim dużym, doświadczeniem jest wyjazd do Walencji.


Mam nadzieję, że następnym gdy będzie zdawał relację z turnieju, będzie bardziej wylewny. Poniżej znajdziecie filmik promujący turniej.